piątek, 30 sierpnia 2013

Rozdział 49

(Justin)
Czy mówiłem wam jak bardzo jestem szczęśliwy? Nie?  To teraz wam powiem....Jestem najszczęśliwszym facetem na ziemi. Mam wspaniałą dziewczynę i wszystko układa się jak najlepiej. Kocham ją....jest dla mnie najważniejsza i nic nas nie rozdzieli.
Dzisiejszego dnia wybraliśmy się pod to samo drzewo co zawsze. Uwielbialiśmy tam przebywać. Mogliśmy odpocząć i oderwać się od rzeczywistości.
-Kocham cię.-wyszeptałem w jej włosy i przytuliłem ją jeszcze mocniej.
-Ja ciebie też.-odpowiedziała i dalej wpatrywała się w niebo. To był lipiec, a na dworze było coraz goręcej. Niebo było czyste, a nasze twarze oświetlały promienie słońca. Nie musieliśmy nic mówić, a wiedzieliśmy co drugie myśli. Nie potrzebne nam były słowa, a wiedzieliśmy co drugie czuje.
-Wracamy?- spytałem całując ją w czoło.
-Tak, babcia powiedziała, żebyśmy wrócili na obiad.-powiedziała i wstała.
-To chodź tu księżniczko.-powiedziałem i przerzuciłem ją sobie przez ramie.
-Aaaa...-piszczała, śmiejąc się.- Justin, puść mnie!-mówiła, a ja klepnąłem ją w tyłek.- Aułł!-krzyknęła
-Cicho tam!-powiedziałem chichocząc i ruszyłem w stronę domu. Przez połowę drogi marudziła i prosiła bym ją postawił. Groziła nawet, że się obrazi i nigdy więcej się do mnie nie odezwie, ale wszyscy wiemy, że ona nie potrafi się na mnie gniewać, więc nie uległem.
-Jesteśmy!-krzyknąłem wchodząc do kuchni.
-O już jesteście...-zaczęła babcia Amy, a gdy nas zobaczyła zaczęła się śmiać- A tej co się stało, że nie może chodzić?- spytała, a ja postawiłem Amy.
-Ten głupek nie chciał mnie puścić.-powiedziała naburmuszona Amy i skrzyżowała ręce na piersi.
-Oj skarbie, ale wiesz, że cię kocham, prawda?- spytałem tłumiąc śmiech, ale ona się już nie odezwała.-Prawda?-powtórzyłem pytanie, ale znów odpowiedziała mi głucha cisza.
-Chyba się obraziła.-powiedziała starsza kobieta.
-Wiem, że udaje.-powiedziałem i dałem jej buziaka w policzek, a ona szybko się odsunęła.
-Pomóc ci w czymś babciu?-spytała Amy, nadal z grobową miną.
-Tak, jak możesz to obierz kilka ziemniaków.-odpowiedziała kobieta.
   Przez cały czas Amy udawała, że mnie nie widzi. Starałem się zwrócić jej uwagę, ale ona omijała mnie jak ognia. Już dawno się tak na mnie nie wkurzała. Jej babcia tylko się przygląda i chichoczę na to jak się zachowujemy.Boje się, że tym razem przegiąłem i nie odpuści mi tak szybko.
(Amanda)
Czy byłam zła na Justina? Nie..., ale chce żeby pocierpiał. Wiem, że zrobił to dla żartów i nie chciał nic złego, ale lubię się z nim droczyć, tak jak on ze mną. Widziałam jak starał się bym zwróciła na niego uwagę. Bym jakkolwiek zareagowała na jego zaczepki, ale byłam nie ugięta. Babcia śmiała się, bo wiedziała co kombinuje oraz widziała, że Justin cierpi.
W końcu chyba się poddał, bo poszedł z opuszczoną głową do innego pokoju.
-Długo zamierzasz go tak męczyć?- spytała babcia wskazując głową na drzwi, przez które sekundę temu wyszedł szatyn.
-Niech się trochę pomęczy.- powiedziałam i wrzuciłam ziemniaka do miski.
-Widzę, że nie macie się o co kłócić i czepiacie się byle błahostek. -powiedziała z uśmiechem babcia.
-Chyba masz rację, ale obydwoje wiemy, że się kochamy i nie rozstaniemy się z takiej głupoty. To że raz kiedyś on czy ja się obrażę to nic się nie stanie. Tym bardziej, że chwilami odpoczynek od siebie nam się przydaje.- powiedziałam zaczynając przekrajać ziemniaki na pół.
-Koteeeek....-usłyszeliśmy smutny głos Justina, po czym jego głowa wyłoniła się zza drzwi.
-Nadal jesteś na mnie zła?-spytał robiąc minę szczeniaczka. Nie odezwałam się, po prostu dalej robiłam swoje.-Skarbie..-nic.-Misiu...-nic-Kicia....-nic- Amy...-nic.-Myszko...-nic.-Słońce...-NIC! I tak samo jeszcze kilka razy. Mówił, że bardzo mnie przeprasza, że więcej tak nie będzie. Chciało mi się śmiać, a gdy pierwszy raz powiedział do mnie "skarbie", chciałam rzucić się mu na szyje i powiedzieć, że się nie gniewam. Jednak tego nie zrobiłam. Widok tego jak bardzo się starał bym cokolwiek powiedziała był bezcenny.
Gdy obiad był gotowy usiedliśmy do stołu i zapadła niezręczna cisza. Justin siedział ze spuszczoną głową, a ja z babcią wymieniałyśmy się porozumiewawczymi spojrzeniami. Gdy zjadłam już połowę swojego dania, zobaczyłam, że Justin nic nie ruszył, tylko wciąż dłubał widelcem w jedzeniu.
-Justin nie smakuje ci?- nagle się odezwałam, a on momentalnie podniósł wzrok i szeroko się uśmiechnął.
-Odezwałaś się...-powiedział uradowany.
-Tak, tak, a teraz jedz.-powiedziałam, a on szybko zabrał się za jedzenie. Po obiedzie poszłam do siebie do pokoju, a zaraz za mną Justin.
-Skarbie, ja tak bardzo cię przepraszam... ja nie- nie zdążył nic powiedzieć bo złączyłam nasze usta.
-Nie gniewam się misiek.-powiedziałam i szeroko się uśmiechnęłam.
-To dobrze, bo nie wytrzymałbym bez twojego głosu.-powiedział z ulgą i znów mnie pocałował.-Kocham cię.-powiedział w moje usta.
-Ja ciebie też.- powiedziałam i mocno go przytuliłam.
Wieczorem gdy leżeliśmy już w łóżku, zaczęłam się dziwnie czuć i cały czas kaszlałam.
-Wszystko w porządku kochanie?- spytał Justin pocierając moje plecy.
-Tak, to nic takiego. Pójdę się napić.-powiedziałam uspokajająco i zeszłam na dół. Z szafki wyjęłam szklankę i nalałam sobie wody. Napiłam się i wzięłam głęboki wdech. Gdy myślałam, że już wszystko w porządku, zakryłam ręką usta i pobiegłam do toalety. Tak, zwymiotowałam. Najdziwniejsze jest to, że krwią. Nigdy czegoś takiego nie miałam, ale pomyślałam, że coś złapałam po porostu i wkrótce mi przejdzie.
-Już lepiej?- spytał zaspany Justina.
-Tak, śpij.-powiedziałam i wsunęłam się pod kołdrę.
W nocy jeszcze kilka razy wstawałam i wymiotowałam. Justin spał i nic nie słyszał, ale czułam się fatalnie. Nie mam pojęcia co się ze mną dzieje.
_______________________________________________________________
I mamy kolejny :P
Cieszcie się, że nawet taki krótki, bo napisałam go na szybkiego. Muszę się szykować do nowej szkoły i mam dużo do sprzątania i układania. Czekam na komentarze i zapraszam do mojego bloga o Justinie. http://bieberfever-blog.blogspot.com/

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Rozdział 48

(Amanda)
Kolejne dni mijały dość spokojnie. Justin nie opuszczał mnie na krok i co chwila powtarzał jak bardzo mnie kocha. Widać jak bardzo się przestraszył tym wypadkiem i cieszę się, że mimo wszystko się nie poddał. Niektórzy pewnie już dawno stracili by nadzieje i jakoś pogodzili się z tym, że umrę.
Teraz jestem w 100% pewna, że kocham tego wariata. Jeśli zastanawiacie się czemu wariata, to mogę wam powiedzieć. Na przykład dzisiaj rano zrobił mi na śniadanie naleśniki, a na nich narysował bitą śmietaną smutną buźkę, gdy spytałam czemu nie uśmiechniętą, to powiedział, że dlatego, bo się przy smażeniu oparzył w palca i nie dostał buziaka na przywitanie. Potem podczas oglądania filmu wciąż zaglądał mi pod bluzkę, przez mój dekolt, a gdy się na niego patrzałam, on udawał że interesuje go to co właśnie leci w telewizji. Na koniec filmu spytałam, jak mu się podobał, a on zrobił cwaniacki uśmieszek i poruszał brwiami, mówiąc "BARDZO". A gdy jedliśmy obiad udałam obrażoną, on nie wiedział o co chodzi i nie wiedział, jak mnie pocieszyć, więc stanął na stole i zaczął tańczyć, przez co i ja i babcia wybuchnęłyśmy śmiechem.
-Justin..?-odezwałam się wtulając się w jego tors.
-Tak skarbie?-spytał bawiąc się moimi włosami.
-Wiesz, że cię kocham, nie?- spytałam podnosząc głowę i patrząc w jego oczy.
-Nie chyba nie..-powiedział udając, że myśli, a ja walnęłam go w ramię.- Oczywiście, ja ciebie też, kicia.-powiedział i ucałował mnie w czoło.-A do czego tak na prawdę zmierzasz?-spytał przyciągając mnie jeszcze bliżej.
-Do niczego, tak tylko mówię.-powiedziałam zamykając oczy. Przez chwile leżeliśmy w ciszy, jednak ten relaksujący nastrój zepsuł dzwonek do drzwi, przez co musiałam wstać i iść otworzyć. Babci nie było, powiedziała, że idzie do koleżanki na noc i wróci jutro wieczorem.
Zeszłam leniwie po schodach i otworzyłam drzwi, momentalnie zamarłam.
-Co ty tu robisz?- spytałam w szoku.
-Przyszedłem cię odwiedzić.-powiedział i podszedł bliżej, na co ja się cofnęłam.
-Po co? Chyba wyraźnie mówiłam, że masz mnie zostawić w spokoju.-powiedziałam wkurzona.
-Ale Amy, ja cię kocham, ty mnie kochasz, tylko ten Bieber stoi na przeszkodzie d naszego szczęścia. Wiem, że coś do mnie czujesz, widzę to w twoich oczach. Proszę daj nam szansę.-powiedział wyciągając zza pleców bukiet róż.
-Po pierwsze nie kocham cię, tylko Justina, po drugie, nie ma i nie będzie żadnego "nas", a po trzecie nie przychodź do mnie więcej i nic mi nie przynoś. Nie obchodzi mnie co do mnie czujesz, bo ja tego nie odwzajemniam i nigdy nie odwzajemnię, rozumiesz?- spytałam poirytowana, a gdy chciał już coś wtrącić zamknęłam mu drzwi przed nosem.
-Kto to był skarbie?- spytał Justin, przeczesując swoje włosy palcami.
-Nikt ważny.- powiedziałam i wzięłam głęboki oddech.
-Ale wyglądasz na zdenerwowaną...kto to był?-pytał dalej, a ja opuściłam głowę.
-Mark.-wymamrotałam i zapadła cisza. Nie musiałam nawet patrzeć na Justina, bo wiedziałam, że zaciska pięści i wstrzymuje oddech. Nagle przeszedł koło mnie i otworzył drzwi. Zaczął się rozglądać, ale po Marku nie było śladu, oprócz kwiatów, które zostawił na wycieraczce. Justin podniósł je, wyciągnął z nich karteczkę i rzucił kwiatami przez podwórko, wchodząc z powrotem do środka.
-hymmm..."To dla ciebie śliczna- Twój Mark."-przeczytał Justin i zacisnął szczękę.-Czy on nigdy nie zrozumie, że jesteś MOJA?- spytał naciskając na ostatnie słowo.
-Nie przejmuj się tym Justin. Kocham cię i nikt tego nie zepsuje.-powiedziałam i wtuliłam się w niego.
-Masz rację, przepraszam...ale jak słyszę lub widzę go przy tobie to aż się we mnie wszystko gotuje.-powiedział przez zaciśnięte zęby.
-Nie martw się o to.-pocałowałam go lekko, a on skorzystał z okazji i pogłębił pocałunek.Podniósł mnie i zaniósł do pokoju.
-Kocham cię.- wymamrotał, a ja przegryzłam wargę.
-Ja ciebie też.- wyszeptałam.
Położył mnie na łóżku i dał wielkiego buziaka, następnie pomógł mi się przebrać i przykrył nas kołderką. Przytulił mnie i szeptał słodkie słówka.
Nawet nie wiem kiedy zasnęłam.
_____________________________________________________________________________
Krótki wiem, ale macie to co chcieliście.  Zapraszam do mojego bloga o Justinie i opowiadaniach o nim. Mam nadzieje na więcej komentarzy i dzięki za wszystko.
Oczywiście przepraszam, za moją długą nieobecność, ale źle się czułam. Wg nawet dzisiaj wszystko mnie boli, ale jakoś dałam radę. http://bieberfever-blog.blogspot.com/
http://justfallinlovee.blogspot.com/
http://to-tylko-pokojowka.blogspot.com/

środa, 14 sierpnia 2013

Rozdział 47

(Amanda)
Strasznie bolało mnie ciało, ale najbardziej głowa. Nie wiem ile tak leżałam, ale nie potrafiłam się ruszyć. Jedyne co potrafiłam to lekkie poruszenie palcami. Gdy w końcu oswoiłam się z jasnym światłem w pokoju, lekko otworzyłam oczy i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Mój wzrok zatrzymał się na chłopaku, którego dobrze znałam. Justin.
Szlochał i powtarzał bym się obudziła i go nie zostawiała. Kąciki moich ust lekko się uniosły, po czym spróbowałam wydusić z siebie słowo.
-Justin.- wyszeptałam, a przez moje gardło przeszedł palący ból. On momentalnie podniósł głowę i spojrzał na mnie z czerwonymi od płaczu, oczami.
-Boże, Amy!-podniósł się z krzesła i uśmiechnął się szeroko.- Obudziłaś się! Skarbie tak bardzo tęskniłem. Kocham cię i przepraszam. Nie zostawiaj mnie więcej.- mówił, a łzy znów zaczęły spływać po jego policzku. Nic nie powiedziałam, bo nie mogłam, ale skinęłam głową i lekko się uśmiechnęłam.-Pójdę zawołać lekarza.- powiedział i zniknął za drzwiami. Po kilku minutach był już z powrotem, a z nim starszy mężczyzna.
-Witam Amy, jak się czujesz?- spytał, a ja znów spróbowałam coś powiedzieć, ale wyszło z tego tylko kaszlnięcie.- Wody?- spytał i podał mi szklankę. Spróbowałam ją złapać i po chwili już mogłam ruszać ręką. Napiłam się i oddałam szklankę.
-Już lepiej.- powiedziałam.
-To dobrze.- powiedział i zaczął sprawdzać sprzęt.
-Ile tu leżę?- spytałam po chwili ciszy.
-Kilka tygodni.- powiedział Justin, a ja się skrzywiłam.- Tak bardzo tęskniłem.-dodał i pocałował mnie w policzek.
-Tak, nie mogliśmy go od ciebie odciągnąć. Wciąż powtarzał, że cie kocha i że cie nie zostawi.-powiedział z uśmiechem lekarz.
-Wiem.- powiedziałam, a Justin spojrzał na mnie pytająco.-Słyszałam- dodałam, a on nadal stał zdziwiony.
-To bardzo prawdopodobne. Wiele osób, które zapadło w śpiączkę słyszy to co się do niego mówi.-wytłumaczył lekarz.
-Dziękuję.- powiedziałam do Justina.
-Za co?- spytał zdziwiony.
-Za pomoc.-powiedziałam i uśmiechnęłam się do niego czule.
-To ja zostawię was samych. Um...jak będziecie mnie potrzebować, to proszę nacisnąć ten guzik.- pokazał na czerwony guzik przy łóżku.-A zaraz przyjdę.-powiedział i podszedł do drzwi.- A i jak odpoczniesz to zrobimy ostatnie badania.- dodał i zniknął za drzwiami.
-Justin?- odezwałam się po chwili ciszy.
-Hymm?- spytał patrząc mi w oczy.
-Przytul mnie.- powiedziałam i przesunęłam się tak by usiadł koło mnie. Gdy już był przy mnie, wtuliłam się w niego, a on odwzajemnił uścisk.
-Kocham cię,- powiedział, a ja zachichotałam.
-Ja ciebie też.- odpowiedziałam i zamknęłam oczy, wdychając jego zapach.
*************************KILKA DNI PÓŹNIEJ*****************************
Byłam wykończona. Po wszystkich badaniach i rozmowach z lekarzami, w końcu pozwolili mi wrócić do domu. Justin oczywiście cieszył się jak głupi, a ja razem z nim. Nie mogłam się doczekać, kiedy położę się na swoim wygodnym łóżku i zjem coś normalnego, a nie tylko te szpitalne jedzenie.
-Jak się czujesz skarbie?- to było częste pytanie wydobywane z ust moich bliskich, ale rozumiałam to że się martwią. Powoli jednak irytowało mnie, że nie spuszczają mnie z oczu, bo już czułam się lepiej i chciałam wrócić do normalnego stanu życie.
-Jak najlepiej.- powiedziałam z uśmiechem do Justina, ale widział, że męczy mnie to pytanie.
-Przepraszam kicia, ale się martwię. Tak bardzo cię kocham, że nie wiem co bym zrobił, gdybyś odeszła.-powiedział i pocałował mnie w policzek.
-Wiem, Justin, ale męczy mnie to wszystko. Nie musicie pytać co pięć minut jak się czuję, bo gdyby coś się działo, powiedziałabym wam.-powiedziałam i wtuliłam się w jego tors.
-Kocham cię.-powiedział i pogłaskał mnie po plecach.
-Ja ciebie też i to bardzo.-powiedziałam, a on się zaśmiał.
-Nie mocniej niż ja ciebie.-drążył dalej.
-Skąd ta pewność?- podniosłam się i spojrzałam mu w oczy, próbując nie wybuchnąć śmiechem.
-Bo to wiem.-powiedział dumnie i musnął moje usta.
-Jasne, jasne...-powiedziałam kładąc się w poprzedniej pozycji.- wszystko co pozwoli ci spać, Bieber.-powiedziałam, a on tylko westchnął.
Nagle do pokoju wparował mój brat.
-To cześć siostra.- powiedział wskakując na łóżko.
-Jedziecie już?- spytałam trochę smutna.
-Nooo... mama i tata muszą wracać do pracy, a ja mam szkołę.- przewrócił oczami a ja się zaśmiałam.
-Tylko ucz się, a nie....-powiedziałam i poczochrałam mu włosy.
-Tsaaa...-prychnął i się we mnie wtulił.
-Pa młody.- odwzajemniłam uścisk, a po chwili już go nie było.
-Od kiedy ty masz taki kontakt z bratem?- spytał zdziwiony Justin.
-Sama nie wiem....-wzruszyłam ramionami.
Znów zapadła ciesz, którą przerwało pukanie do drzwi.
-Proszę.- powiedziałam cicho.
-Przyniosłam wam naleśniki.-powiedziała babcia i podała nam tackę.
-Dziękuję babciu, kochana jesteś.- powiedziałam i dałam jej buziaka w policzek.
-Dla ciebie wszystko, skarbie.- powiedziała i wyszła z pokoju.
-Głodny?- spytałam Justina wtykając mu do buzi kawałek ciasta.
-Pewnie.- powiedział z pełną buzią, na co się zaśmiałam.
I tak karmiliśmy siebie nawzajem. Nie obeszło się oczywiście bez pocałunków i śmiechów, ale po jakiejś godzinie, talerz był pusty.
Był wieczór, a ja zrobiłam się senna. Wstałam leniwie z łóżka i podeszłam do szuflady, z której wyciągnęłam piżamę.
-A ty gdzie skarbie?- spytał uśmiechnięty Justin.
-Idę się wykąpać.- powiedziałam, a w jego oczach zobaczyłam błysk.
-Mogę z tobą?- spytał, a ja się zaśmiałam.
-Nie.- powiedziałam i zaczęłam kierować się w stronę łazienki, gdy nagle usłyszałam za sobą kroki.
-Czemu?- spytał przyciskając mnie do ściany.
-Bo cię kocham- powiedziałam z uśmiechem.
-Ja ciebie też, ale gdybyś mnie kochała, to byś mi pozwoliła, a nie znęcała się nade mną.- powiedział całując moją szyję.
-Jeśli mnie kochasz to zrozumiesz i poczekasz.- powiedziałam tajemniczo, a gdy trafił na mój czuły punkt cichy jęk wydobył się z moich ust. Wiedziałam, że szatyn cwaniacko się uśmiechnął i powoli przechodził pocałunkami do moich ust. Gdy ostatni raz mnie pocałował spojrzał mi w oczy.
-Poczekam, ale to tylko kąpiel.-powiedział z nadzieją.
-Wiem, ale będziesz mnie widział nagą.-powiedziałam cicho, a moje policzki zrobiły się czerwone.
-No i? Nawet nie wiesz ile bym dał by cię taką zobaczyć.- powiedział rozmarzony.
-Głupek.- powiedziałam odpychając go ode mnie. Otworzyłam drzwi i jeszcze raz się obejrzałam, po czym zobaczyłam cwaniacko uśmiechniętego Biebera.-Kocham cię.!-krzyknęłam za sobą, ale jakoś nie otrzymałam odpowiedzi, bo zamknęłam drzwi.
Po kąpieli wróciłam do mojego wariata i położyłam się na łóżku. Na początku, ani nic nie mówił, ani nic nie robił, po prostu patrzył w sufit i nad czymś myślał. Spojrzałam na niego podejrzanie i wtuliłam się w jego tors.
-Jesteś zły?- spytałam smutno.
Nie odezwał się przez chwilę.
-Nie, a czemu miałbym być?- spytał, ale wiedziałam, że coś go boli.-Rozumiem, że mi nie ufasz.- powiedział sucho nie parząc mi w oczy. Podniosłam się do pozycji siedzącej i dopiero wtedy na mnie spojrzał.
-To nie tak, że ci nie ufam...-powiedziałam.
-A jak?-spytał zdenerwowany.
-Po prostu nie jestem gotowa. Zrozum.-powiedziałam z żalem w oczach.
-Rozumiem, ale....-przerwał i usiadł drapiąc się po karku.- Kocham cię i chce ci to udowodnić w każdy możliwy sposób. Jesteśmy ze sobą tak długo, a ostatnio prawie cię straciłem...-znów przerwał patrząc mi w oczy.- Nie chce żeby było kiedyś tak, że któremuś z nas coś się stanie, a nie pokarzę ci jak bardzo cię kocham.-powiedział i przetarł mój policzek.
-Rozumiem.-opuściłam głowę.-Ale ja wiem jak bardzo mnie kochasz. Pokazujesz mi to każdego dnia. Też chce to z tobą zrobić, ale się boje. Ufam ci i wiem, że nie zrobisz mi krzywdy, ale... nie wiem... po prostu nie potrafię się przełamać.- powiedziałam, a on musnął moje usta.
-Rozumiem.-powiedział-Poczekam, nie będę cie do niczego zmuszał.-powiedział i znów mnie pocałował. Tym razem namiętnie, jakby chciał pokazać przy tym wszystkie swoje uczucia, jakie w nim teraz są. Pragnęłam go i to bardzo, jednak nie chciałam jeszcze tego robić.
Gdy się od siebie odsunęliśmy, położyliśmy się i wtuleni w siebie zasnęliśmy.
_____________________________________________________________________
Mamy kolejny rozdział. Wiem, ze długo mnie nie było, ale chyba mnie rozumiecie....wakacje dobiegają końca i staram się korzystać z wolnego.
Zapraszam do mojego bloga o Justinie i prosze o komentarze. http://bieberfever-blog.blogspot.com/

niedziela, 11 sierpnia 2013

Rozdział 46

(Justin)
Zatrzymałem się i spojrzałem na nią z niedowierzaniem, złością.
-Co ty tutaj robisz?- spytałem oschle.
-Justin, przepraszam, ale musiałam przyjechać.- podeszłą bliżej mnie.- Widziałam twój występ, byłeś niesamowi...
-Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.- przerwałem jej.
-Chciałam was przeprosić. Odkąd wyjechaliście nie spotykam się z Alex'em. -powiedziała spuszczając głowę.
-Ojej, co za pech.- powiedziałem sarkastycznie i chciałem odejść, ale mnie zatrzymała.
-Justin.-powiedziała, a ja spojrzałem na nią wyczekująco.- Na prawdę mi przykro, że tak się stało. Amy była moją najlepszą przyjaciółką, od zawsze....
-No właśnie BYŁA.- znów jej przerwałem.
-Gdybym wiedziała, że to tak się stanie, cofnęłabym czas. Ale nie mogę!- powiedziała, a ja przewróciłem oczami.- Gdy dowiedziałam się, że założył się z jakimś Ianem, żeby skrzywdzić Amy, nigdy bym tego nie zrobiła. Zakochałam się, a on....
-Chwila, chwila...-przerwałem jej.- Mówiłaś Ianem? -spytałem niedowierzając
-Tak, nie znam go, ale podobno jest starszy i umm... chodzi do naszej szkoły.- powiedziała, a ja momentalnie zamarłem. To wszystko wina tego debila? To on chciał tak zranić moją Amy? To przez nich ona cierpiała? Ale dlaczego?
-Rozumiem... pogadamy później, teraz muszę coś załatwić.-powiedziałem i ruszyłem w stronę miejsca, gdzie stał Ian.
-Świetny występ.- usłyszałem jeszcze głos dziewczyny, ale zignorowałem to. Byłem wściekły. Jak on mógł? Wiedział co czuję do Amy! Wiedział ile dla mnie znaczy!. Bez zastanowienia podszedłem do niego i złapałem go za ramię.
-Hej, Justin, zmieniłeś zdanie?- spytał z chytrym uśmieszkiem, jednak mi nie było do śmiechu i od razu uderzyłem go w nos.- Co to było?- spytał łapiąc się za nos.
-To za Amy!- krzyknąłem, a gdy opuścił rękę, przyłożyłem mu drugi raz, przez co upadł.
-O co ci chodzi stary.- spytał próbując wstać.
-To za zniszczenie naszej przyjaźni.- kopnąłem go w brzuch,- A to...-znów go kopnąłem.-za to, że jesteś dupkiem.- splunąłem koło niego i odszedłem. Dopiero teraz zobaczyłem jakie zbiorowisko zebrało się wokół nas.
-Justin, co to było?- spytała moja mama.
-Nic!-warknąłem.- Przepraszam, po prostu ten dupek...
-Ale to twój przyjaciel.- przerwała mi.
-Już nie.- powiedziałem i odszedłem. Szedłem przed siebie, próbując ułożyć sobie to wszystko w głowie, ale to było zbyt trudne. Jak on mógł mi to zrobić? Jak on mógł w ogóle pomyśleć, by zrobić takie coś kobiecie?
-Justin!- usłyszałem głos starszej kobiety. Odwróciłem się i zobaczyłem babcie Amy.
-Tak?- odezwałem się podchodząc bliżej.
-Nawet nie wiesz ile ci zawdzięczamy. -powiedziała, a ja spojrzałem na nią pytająco.- Po twoim koncercie na konto wpłynęło kilka tysięcy, dzięki czemu już prawie zebraliśmy pieniądze.- powiedziała, a ja przetarłem twarz dłońmi.
-Na prawdę?- spytałem zdziwiony.
-Tak, to był świetny pomysł z tym festynem. Masz.- podała mi talerzyk z jej ciastem.
-Mmmm...jabłecznik, mój ulubiony.- powiedziałem i wziąłem kawałek do ust.
-Zasłużyłeś.-powiedziała i podała innej kobiecie talerz.-A teraz leć do Amy. Sprawdź co u niej.- powiedziała, a ja skinąłem głową.
-A nie będę tutaj potrzebny?- spytałem z troską.
-Nie, damy radę, teraz już idź.- powiedziała, a ja posłałem jej uśmiech i odłożyłem talerzy. Bez wahania pojechałem do szpitala, ale najpierw wstąpiłem do kwiaciarni, gdzie kupiłem jej ulubione kwiaty.
Gdy wszedłem do sali, uśmiechnąłem się i podszedłem bliżej łóżka.
-Hej kochanie.- powiedziałem dając jej lekkiego buziaka.-Tęskniłem.- powiedziałem siadając na krześle.-Mam dobre wieści.-przerwałem i złapałem jej dłoń.- Już niedługo będziesz miała nowy sprzęt i leki, dzięki którym w końcu się obudzisz.- powiedziałem uradowany.-Gdybyś tylko widziała radość twojej babci sprzedającej ciasto na festynie.-cicho zachichotałem.-Kocham cię i  nie pozwolę ci odejść.- pocałowałem jej dłoń. Już nic nie mówiłem. Patrzałem na nią i nuciłem piosenkę,którą śpiewałem na festynie. Nawet nie wiem kiedy zasnąłem.
Obudziłem się wieczorem, gdy do pokoju wszedł lekarz.
-Przepraszam, że cię obudziłem.-powiedział, a ja przetarłem oczy.
-Nic się nie stało, jakieś wieści?- spytałem, a on się uśmiechnął.
-Tak i to dobre. Na konto szpitala wpłynęła cała suma pieniędzy. Od jutra zaczniemy leczenie Amy z bardzo dobrym sprzętem.-powiedział, na co od razu się uśmiechnąłem.
-Jakie są szanse, że dzięki temu się obudzi?-spytałem bardziej smutno.
-Bardzo duże. Ten sprzęt jak i leki pomogą w wybudzeniu dziewczyny i do tego poprawią jej organizm.-powiedział, na co odetchnąłem z ulgą.
-Dziękuję doktorze.- powiedziałem i uścisnąłem jego dłoń.
-Nie ma za co. -uśmiechnął się.- Może pojedziesz do domu i odpoczniesz? Dużo przeszedłeś i wiem, że jesteś zmęczony.-powiedział, a gdy chciałem zaprotestować, przerwał mi.- Obiecuję, że zadzwonię, gdy tylko coś się zmieni.- powiedział, a ja w końcu skinąłem głową.
-Dobrze, ale wrócę tu jutro.-powiedziałem i pożegnałem się z moją księżniczką, po czym wyszedłem z sali.
**********************KILKA DNI PÓŹNIEJ****************************

Tak jak mówiłem tak też robiłem. Co dziennie chodziłem do szpitala i codziennie miałem nadzieję na jakąkolwiek zmianę, ale nic. Co prawda jej stan jest lepszy, choć nadal jest w śpiączce. Dzisiaj też przyszedłem. Nikogo nie było, tylko ja i ona. Patrzałem na nią ze łzami w oczach i powtarzałem jak bardzo ją kocham. Tak bardzo mi jej brakowało....
-Skarbie...proszę, obudź się.- błagałem.- Nie zostawiaj mnie samego na kolejny dzień. Już tego nie zniosę. -położyłem głowę na łóżku, zacząłem płakać.-Tak wiele dla mnie znaczysz. Zrobię wszystko, będę najlepszym chłopakiem pod słońcem, tylko proszę obudź się.- mówiłem. Nagle poczułem jak jej ręka się poruszyła i ścisnęła moją dłoń, myślałem, że mi się to przyśniło, ale potem stało się coś czego się nie spodziewałem.
-Justin.-usłyszałem ten anielski głos, którego usłyszeć chciałem od kiedy tu trafiła. Podniosłem szybko głowę, a łzy spłynęły po moim policzku.
____________________________________________________________________
Mamy kolejny rozdział. Mam nadzieję, że się spodoba. :) Zapraszam do mojego bloga o Justinie, proszę o komentarze i błagam przesyłajcie dalej ten link, by więcej osób go czytało. http://bieberfever-blog.blogspot.com/

środa, 7 sierpnia 2013

Rozdział 45

(Justin)
Ten pomysł może nie był najlepszy, ale jedyny jaki wpadł mi do głowy. Musi się udać. Nie mogę pozwolić by Amy już więcej się nie obudziła. Kocham ją bardzo mocno i oddam wszystko by znów zobaczyć jej uśmiechniętą twarz.
-No, ale jaki to pomysł? Mów, Justin!- pośpieszali mnie.
-Zorganizujemy zbiórkę pieniędzy.- powiedziałem, a oni...NIC.- Zły pomysł?-spytałem zdezorientowany.
-To dobry pomysł, ale w miasteczku jest mało ludzi, a pieniędzy też zbyt dużo nie mają.-wytłumaczyła mama Amy.
-Rozumiem, ale jeśli zaprosimy ludzi z miasta to...
-Tak, ale oni nie znają Amy, a po drugie to trzeba dużo organizacji...-przerwał tata Amy.
-Do tego musi być coś co ściągnie ich tutaj, bo sama zbiórka nie będzie dla nich interesująca.- dokończyła mama Amy.
-To nie problem. Każdy coś zaprezentuje.-powiedziałem.-Ja zagram i zaśpiewam-pokazałem na gitarę.-Babcia Amy może pokazać swoje sztuki kulinarne, a Daniel...a ty co potrafisz?- spojrzałem na małego.
-Ja mogę żonglować piłeczkami.-powiedział dumnie.
-No widzicie...damy radę.-powiedziałem.- Musze pomóc Amy. Nie zostawię jej i do ostatniej minuty będę zbierał te głupie pieniądze.-powiedziałem i spojrzałem na nich wyczekująco. Zapadła cisza. Wszyscy się nad czymś zastanawiali, gdy nagle odezwała się babcia mojej ukochanej.
-On ma racje. To się uda, tylko musimy wziąć się za to razem.-powiedziała stanowczo.- Może i jestem stara, ale nadal mam energie by pomóc mojej wnuczce.-powiedziała na co wszyscy zachichotali.
-Dobrze, a więc zaczynajmy.
Wszyscy się wzięli do pracy. Mama Amy zaprała się za zaproszenia, tata za organizację miejsca, Daniel poszedł ćwiczyć, a babcia zaczęła zdzwonić do koleżanek by pomogły w gotowaniu. Byli tak zajęci, że nie zauważyli nawet, że wyszedłem. Musiałem gdzieś pójść. Wiedziałem, że tam będzie i ona. Może nie ciałem al duszą. Tak, więc poszedłem pod ten sam dąb co chodziłem z Amy. Usiadłem na ławce i spojrzałem w niebo. Było już ciemno, a na niebie pojawiały się pierwsze gwiazdy.
-Hej skarbie..-powiedziałem.- Wymyśliłem jak ci pomóc.- pochwaliłem się, a po moim policzku spłynęła łza.- Obiecuję ci, że wrócisz do nas. Nie pozwolę ci odejść, bo jeśli ty umrzesz to i ja to zrobię.-powiedziałem przez łzy.-Wiem, że ostatnio mało cię odwiedzałem w szpitalu, ale...musiałem wymyślić jak ci pomóc. Kocham cię i tęsknie.-powiedziałem i złożyłem ręce jak do modlitwy. Ostatnio często się modliłem. Miałem o kogo i wiedziałem, że Bóg mnie wysłucha i pomoże przetrwać ten trudny okres.
**************************************
Minęło kilka dni od czasu wymyślenia mojego genialnego panu. Już drugi dzień trwa festyn, a my nadal nie mamy nawet połowy tych pieniędzy. Dziś nadeszła moja kolej na pokazanie co potrafię. Strasznie się denerwuję, bo ostatnio jak śpiewałem to było w domu, jak byłem mały. Potem przestałem i zostawiłem to dla kogoś innego.
-A teraz zapraszam na scenę Justina Biebera.-powiedziała mama Amy, a ja wszedłem i usiadłem na krześle.
-Hej, jestem Justin i zagram dla was mój utwór. Tę piosenkę dedykuję mojej ukochanej Amy, na którą właśnie zbieramy pieniądze. Kocham ją bardzo mocno i zrobię wszystko by znów zobaczyć jej uśmiech.-powiedziałem i zacząłem grać. Piosenkę nazwałem "Fall"
-Let me tell you a story
About a girl and a boy
He fell in love for his best friend
When she’s around, he feels nothing but joy
But she was already broken, and it made her blind
But she could never believe that love would ever treat her right
But did you know that I love you? or were you not aware?
You’re the smile on my face
And I ain’t going nowhere
I’m here to make you happy, I’m here to see you smile
I’ve been wanting to tell you this for a long while

Who’s gonna make you fall in love
I know you got your wall wrapped on all the way around your heart
You’re not gon’ be scared at all, oh my love
But you can’t fly unless it lets ya,
You can’t fly unless it lets ya, so fall
Well I can tell you’re afraid of what this might do
Cause we got such an amazing friendship and that you don’t wanna lose
I don’t wanna lose it either
I don’t think I can stay sitting around while you’re hurting babe
Come take my hand
Did you know you’re an angel? who forgot how to fly
Did you know that it breaks my heart everytime to see you cry
Cause I know that it pains if he’s gone everytime he move over on the shoulder you crying
And I hope by the time that I’m done with this song that I figure out

Who’s gonna make you fall in love
I know you got your wall wrapped on all the way around your heart
You’re not gon’ be scared at all, oh my love
But you can’t fly unless it lets ya,
You can’t fly unless it lets ya, so fall

I will catch you if you fall
I will catch you if you fall
I will catch you if you fall
But if you spread your wings
You can fly away with me
But you can’t fly unless it lets ya,
You can’t fly unless it lets ya so fall

Who’s gonna make you fall in love
I know you got your wall wrapped on all the way around your heart
You’re not gon’ be scared at all, oh my love
But you can’t fly unless it lets ya,
You can’t fly unless it lets ya,

So fall in love
I know you got your wall wrapped on all the way around your heart
You’re not gon’ be scared at all, oh my love
But you can’t fly unless it lets ya,
You can’t fly unless it lets ya, so fall

I will catch you if you fall
I will catch you if you fall
I will catch you if you fall

If you spread your wings
But you can’t fly unless it lets ya
Let yourself fall
You can fly away with me

Wszyscy stali jak wryci, a ja nie wiedziałem o co chodzi. U niektórych osób widziałem nawet łzy w oczach, ale nadal nie rozumiałem o co dokładnie chodzi. Po chwili zaczęły się wielkie oklaski i piski ze strony dziewczyn, nie przejmowałem się jednak tym, bo ja już mam swoją księżniczkę i nie zamierzam jej zostawić.
 Zszedłem powoli ze sceny, a tam zostałem zaatakowany, przez mamę i moje rodzeństwo.
-Justin!-krzyknęła Jazmyn.
-Hej, księżniczko, co wy tu robicie? -spytałem zdziwiony.
-Jak to co, przyjechaliśmy wam pomóc. Amy wiele dla nas zrobiła, a widząc ciebie szczęśliwego u jej boku, musieliśmy przyjechać.-powiedziała mama.
-Dzięki mamo.-powiedziałem i dałem jej buziaka w policzek.
-Widzieliśmy twój występ, byłeś genialny.- podbiegły do nas dziewczyny.
-Dzięki.- podrapałem się po karku, a kątem oka widziałem chichoczącą mamę.
-Dasz na autograf? Kochamy cię.- piszczały i płakały, a ja nie wiedziałem co zrobić.
-Pewnie.-powiedziałem i podpisałem kilka kartek.
-Ale masz fanki.-podszedł do mnie Ian.
-Ian? A ty co tutaj robisz?- spytałem zdziwiony.
-Przyjechałem do kumpla, nie mogę?- spytał zdziwiony.
-Pewnie, że możesz.-powiedziałem.
-Ta cała Amy wiele dla ciebie znaczy widzę.-powiedział, a ja skinąłem głową.
-Nawet nie wiesz jak wiele- odeszliśmy na bok, gdzie nikogo nie było.
-No, ale myślę, że jak się nie obudzi, albo nie zbierzecie kasy to wrócisz do nas, prawda?- spytał, a ja spojrzałem na niego pytająco.
-Ona się obudzi! Nie dopuszczam do siebie innej myśli.- powiedziałem zdenerwowany.
-No dobrze,dobrze, ale jeśli nie, to....
-Daj spokój! Ona się obudzi, a jeśli nie to...umrę razem z nią.- powiedziałem i odszedłem, jednak słyszałem jak krzyczy.
-Ona źle na ciebie działa, stary.-ale nie zwróciłem na to zbytniej uwagi i poszedłem dalej.  Jak on mógł tak pomyśleć? Co mu strzeliło do głowy? Jest moim przyjacielem...powinien mnie wspierać, a nie dołować.
-Justin!-usłyszałem kobiecy głos, odwróciłem się i zobaczyłem... Belle? Ten dzień jest coraz dziwniejszy...
________________________________________________________

Od razu przepraszam za jakiekolwiek błędy. Dzięki za komentarze i zapraszam również do innych opowiadań, oraz do mojej nowej stronki http://bieberfever-blog.blogspot.com/ proszę o komentarze. :D

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Rozdział 44

(Justin)
Obudziłem się bardzo wcześnie. Przejechałem ręką po drugiej stronie łóżka i wtedy przypomniałem sobie co się stało. Tak bardzo nie chciałem by to była prawda, ale nic nie mogłem na to poradzić. Leniwie wstałem z łóżka i poszedłem do łazienki. Przemyłem twarz i spojrzałem w lustro. Wyglądałem okropnie, oczy podkrążone, twarz blada, a włosy rozczochrane na wszystkie możliwe strony. W nocy nie mogłem spać i często się kręciłem. Cały czas myślałem o Amy i o tym, że może się już nigdy nie obudzić. Nie miałem już na nic siły. To tak jakby ona zabrała mi połowę i przez to, że jest nie przytomna, to i ja zaczynam słabnąć. Po wykonaniu porannej toalety, wróciłem do pokoju i ubrałem świeże ubrania. Po cichu zszedłem na dół i poszedłem po kuchni.
-Dzień dobry.- przywitałem się z kobietą i usiadłem przy stole ziewając.
-Dzień dobry.- powiedziała bez emocji.-Spałeś coś?- spytała teraz z troską.
-Przysnąłem nad ranem, ale zaraz się obudziłem.- powiedziałem i przetarłem twarz dłońmi.
-Dzwoniłam do rodziców Amy. Przyjadą tutaj, gdy tylko wyrwą się z pracy.- powiedziała, a ja skinąłem głową.
Zapadła cisza, która po prostu zabijała mnie od środka. Gdyby była tu Amy od razu dzień stałby się lepszy, a na wszystkich twarzach zagościłby uśmiech. Przywitałaby się z nami buziakiem w policzek i już planowalibyśmy co dzisiaj robić. Zapomniałem nawet, że mamy szkołę. Bez niej to nie to samo...
Znów moje życie się wali, a najważniejsze osoby odchodzą.
-Tak bardzo chce by wróciła...- wymamrotałem chowając twarz w dłonie.
-Jak my wszyscy, Justin.- powiedziała i pogłaskała mnie po plecach.- Masz zjedz coś.- dodała
-Nie jestem głodny.- powiedziałem
-Musisz jeść, żeby mieć siłę i być przy Amy gdy się obudzi.- powiedziała, a ja spuściłem głowę.
-A jeśli się nie obudzi?-spytałem łamiącym się głosem
-Obudzi się.- powiedziała stanowczo.- Nie możemy się poddawać, bo wiem, że ona gdzieś tam jest i chce byśmy się nie poddawali.- wytłumaczyła i posłała mi szczery uśmiech, co odwzajemniłem.
-Dziękuję.- powiedziałem i przysunąłem talerz do siebie.- Za śniadanie i za wsparcie.- powiedziałem, a ona znów się uśmiechnęła.
-Nie ma za co. Jesteś bardzo ważny dla mojej wnuczki i chce by była szczęśliwa. Jednak gdy się obudzi, a ciebie tam nie będzie to na pewno taka nie będzie.- powiedziała, a ja skinąłem głową i ugryzłem naleśnika.
 Po śniadaniu skapowałem kilka rzeczy, pomogłem babci Amy wejść do samochodu i pojechaliśmy do szpitala. Mimo iż wiedziałem, że jest nieprzytomna, to miałem uśmiech na twarzy, bo mogłem znów ją zobaczyć. Kocham ją jak nikogo innego i mimo wszystko będę przy niej.
-Hej skarbie.- powiedziałem, gdy wszedłem do pokoju.- Przywiozłem ci jakieś ciuchy, kosmetyki i twoją babcie. Stęskniła się, tak samo jak ja.- mówiłem, podchodząc do łóżka. Nachyliłem się nad dziewczyną i złożyłem pojedynczy pocałunek na jej czole.
-Hej  wnusiu.- podeszła kobieta.-Tęsknimy i nie możemy się doczekać, aż znów zobaczymy twój uśmiech.- powiedziała i usiadła przy łóżku. Ja w tym czasie zostawiłem je same i poszedłem do bufetu po jakąś kawę. Gdy wracałem na korytarzu spotkałem Marka.
-Co ty tu robisz?- spytałem zaciskając ręce w pięści.
-Przyszedłem do Amy, ale jej babcia jest teraz z nią, więc poczekam.- powiedział, a ja prychnąłem.
-To sobie poczekasz, bo Amy jest moja, a ty jesteś tutaj zbędny.- powiedziałem, wiedząc o co mu chodzi.
-Zobaczymy...-wymamrotał.
-To groźba?- spytałem rozbawiony
-Raczej obietnica.-powiedział i odszedł.
Wkurzył mnie i to bardzo. Nie chce by przychodził do Amy. Widziałem jej reakcje na zawodach. Była smutna i przestraszona. Staram się myśleć pozytywnie, dla niej, dlatego westchnąłem ciężko i wszedłem do pokoju.
-Przeszkadzam?- spytałem.
-Nie, skądże.- powiedziała kobieta, a ja skinąłem i usiadłem obok łóżka.
-Hej, kicia....-pogłaskałem jej policzek i po chwili do sali wszedł lekarz.
-Oo..dzień dobry, ty jesteś Justin? Dobrze pamiętam?- spytał przyglądając mi się.
-Tak, ale skąd...
-To małe miasto, wszystkiego się tu można dowiedzieć.- przerwał mi, a ja skinąłem głową.-A pani?
-To jest babcia Amy.- przedstawiłem ich sobie i wróciłem wzrokiem do mojej ukochanej.- Doktorze i co z nią? Jakieś wieści?- wypytywałem z zaciekawieniem.
-Cóż.... mam dobrą i złą wiadomość.-powiedział, a ja spojrzałem na niego pytająco.- Zła jest taka, że potrzebujemy pieniędzy na leczenie Amandy.-powiedział i spojrzał na starszą kobietę.
-Ile?- spytałem, przerywając ciszę.
-10 000.-powiedział, a ja złapałem się za głowę.
-Skąd mamy wziąć tyle pieniędzy?- spytałem zdenerwowany
-Spokojnie...i tu jest ta dobra wiadomość.- powiedział, a ja spojrzałem na niego z zainteresowaniem.
-Jaka?-spytałem
-Amanda może tutaj zostać i być leczona na naszych warunkach, jednak jeśli nie otrzymamy tych pieniędzy nie wiadomo czy ona się obudzi.-powiedział, a ja spojrzałem na niego jak na idiotę.
-I gdzie tu dobra wiadomość?- spytałem poirytowany
-Cóż...macie państwo trochę więcej czasu na zebranie pieniędzy.- powiedział, a ja opuściłem głowę.
-Ile?- spytałem.
-Dokładnie nie wiadomo, ale z moich badań wynika, że....
-Ile?- przerwałem mu.
-Miesiąc, może półtora.- powiedział, a ja złożyłem ręce jak do modlitwy i starałem się uspokoić.
-Zdobędziemy te pieniądze, dziękuję doktorze.- odezwała się babcia Amy wyrywając mnie z rozmyślań.
-W razie czego jestem u siebie.- powiedział doktor i wyszedł.
-I co my teraz zrobimy? Nie mam tyle pieniędzy, a pracy też brak.- powiedziałem zrezygnowany.
-Sprzedamy farmę dziadka.- powiedziała patrząc w jeden punkt.
-Co? Nie! Amy by się na to nie zgodziła.-powiedziałem stanowczo.
-Ale Amy potrzebuje pieniędzy, a za farmę dostaniemy trochę.- powiedziała, a ja potrząsnąłem głową.
-Wymyślimy coś innego. Nie mogę pozwolić sprzedać pani farmy. Ona wiele znaczy dla Amy i nie zgodziłaby się na to.- powiedziałem, a ona spojrzała na wnuczkę.
-A więc co zrobimy?- spytała.
-Nie wiem jeszcze ale coś wymyślę. -powiedziałem i wróciłem na miejsc obok łóżka.
*************************************
Dni mijały a czasu było coraz mniej. Babcia Amy już szukała kupca, a ja nadal myślałem nad inną opcją. Nic nie mogłem wymyślić. W głowie wciąż miałem twarz uśmiechniętej Amandy.
Siedząc na parapecie w pokoju z gitarą w ręce. Myślałem i myślałem.
-When you smile, I smile...oooooo....when you smile, I smile.-zaśpiewałem grając jakąś melodie. Tak wiele dla mnie znaczyła...To nie mogło się tak skończyć....
-WIEM!- krzyknąłem nagle i zbiegłem na dół po schodach. W kuchni siedziała mama, tata, brat i babcia mojej ukochanej. Wszyscy mieli grobowe miny, a ja wleciałem uradowany do pomieszczenia i stanąłem przed nimi.
-Justin, co się stało?- spytała mama Amy.
-Wiem, jak zdobędziemy pieniądze!- powiedziałem, a oni spojrzeli na siebie zdziwieni i powrócili wzrokiem na mnie czekając na wyjaśnienia.
________________________________________________________________
Hej, jest nowy rozdział. Wiem, że rzadko dodaje, ale zrozumcie, są wakacje i każdy chce odpocząć. Czekam oczywiście na komentarze i opinie na temat rozdziału. Chce was również poinformować, że zaczęłam prowadzić innego bloga. Ma mało wyświetleń i 0 komentarzy, ale mam nadzieję, że to się zmieni. <3 Tu macie linkhttp://bieberfever-blog.blogspot.com/

niedziela, 4 sierpnia 2013

Rozdział 43

(Justin)
Oczy cały czas miałem zaszklone. Nie mam pojęcia co teraz będzie.
Wbiegłem zdyszany do szpitala, gdzie zawieźli moją Amy i podszedłem do recepcji.
-Gdzie leży Amanda...-nie dokończyłem, bo koło mnie pojawił się lekarz.
-Jesteś z rodziny?- spytał przeglądając kartę pacjenta.
-Jestem jej chłopakiem.- powiedziałem.
-Jest może z tobą ktoś z rodziny?- spytał oddając teczkę pielęgniarce.
-Nie, to znaczy ona ma tutaj jeszcze babcie, ale była zbyt roztrzęsiona i zabrałem ją do domu.- powiedziałem, a on skinął głową.
-Rozumiem, w takim razie proszę za mną.-tak jak powiedział tak zrobiłem. Poszliśmy na drugie piętro, przeszliśmy dość długi korytarz i stanęliśmy przed jedną z sal.  Gdy się odwróciłem zobaczyłem za szybą moją ukochaną. Leżała podłączona do różnych maszyn, a jej klatka piersiowa unosiła się i opadała bardzo powoli.
-Boże Amy...- wymamrotałem i wtedy pojedyncza łza spłynęła po moim policzku.
-Powiem szczerze...jest źle. Ma połamane kilka żeber i lewą nogę. Oddycha bardzo ciężko, a mózg...no cóż...ma wstrząs mózgu i nie wiadomo jak jej organizm to przyjmie i co będzie jak się obudzi.-powiedział patrząc na dziewczynę.
-Wie pan kiedy się obudzi? Mogę do niej wejść?- wypytywałem.
-Niestety nikt nie wie kiedy się obudzi. Zapadła w śpiączkę i jeszcze niedawno było z nią bardzo źle. Musieliśmy ją reanimować, bo mózg jak i serce przestało działać. Teraz wszystko w mocy Boga.- powiedział, a ja złapałem się za głowę.- Jest mi strasznie przykro. Przepraszam, ale muszę iść do innych pacjentów. Zajrzę tutaj jeszcze później, a teraz może pan do niej wejść.- powiedział, a ja mu podziękowałem i wszedłem do środka.
-Hej skarbie.- podszedłem do łóżka i złapałem ją za rękę.- Nawet nie wiesz jak mnie wystraszyłaś.-pocałowałem wierzch jej dłoni.- Tęsknie za tobą, proszę, wróć do mnie.- powiedziałem i wtedy już niczym się nie przejmowałem. Rozpłakałem się i nie mogłem opanować łez. Wyglądała tak blado.
-Kocham cię.- pogłaskałem ją po policzku.-Nie zostawiaj mnie samego, proszę...- błagałem i ocierałem policzki z łez.-Jesteś dla mnie bardzo ważna. Tak wiele tobie zawdzięczam.- wymamrotałem.-Nigdy ci nie mówiłem, ale dzięki tobie pogodziłem się z matką. Wybaczyłem jej bo pokazałaś mi, że dobrze jest wybaczać i ufać na nowo. Pokazałaś mi, którą drogą mam iść i dzięki tobie stałem się lepszym człowiekiem.- mówiłem i uśmiechałem się blado na wspomnienia o niej.
-Nawet sobie nie wyobrażasz jak zazdrosny jestem gdy widzę cię z innymi facetami, albo jaki ból czuję kłócąc się z tobą.-powiedziałem i znów pocałowałem jej dłoń.
-Zrobię wszystko by znów zobaczyć twój uśmiech. Rozumiesz? WSZYSTKO.- podkreśliłem ostatnie słowo, ale nadal mówiłem szeptem.
************************
Nie wiek kiedy zasnąłem. Obudził mnie męski głos i szturchanie w ramię.
-Proszę pana.- powiedział mężczyzna.
-Tak?- przetarłem oczy i wtedy przypomniałem sobie gdzie jestem. Szybko spojrzałem na Amy, ale nadal bez zmian. Była nieprzytomna, ale i tak wyglądała ślicznie.
-Niech pan jedzie do domu odpocząć.- powiedział, a ja nadal przyglądałem się mojej ślicznotce.
-Wole zostać. Chce być gdy się obudzi, chce być gdy otworzy oczy.- powiedziałem i posłałem mu blady uśmiech.
-Rozumiem, ale wątpię by to się stało szybko. Nic na to nie wskazuje, ale obiecuję, że jak będzie poprawa to zadzwonimy do pana. -powiedział, a ja przetarłem twarz dłońmi.
-Dobrze, ale wrócę tu jak odpocznę.- powiedziałem i delikatnie pocałowałem Amy.-Jeszcze tu wrócę.- powiedziałem szeptem w stronę ukochanej.
 Gdy wróciłem do domu, to nie było tak samo. Było cicho. Spojrzałem na schody i miałem nadzieję, że zaraz zejdzie z nich moja królewna i żuci mi si na szyje. Powie, że to był tylko sen i da mi słodkiego buziaka....
Jednak nic takiego się nie stało, a mnie uderzyła tylko rzeczywistość. Znów moje policzki zrobiły się mokre, a do uszy doleciał szloch, dochodzący z kuchni.Otarłem wierzchem dłoni łzy i wszedłem do pomieszczenia. Przy stole siedziała babcia Amy i płakała. Wiedziałem, że to dla niej wielki szok. Straciła męża, a teraz jej wnuczka walczy o życie.  Podszedłem do niej i delikatnie ją objąłem.
-Amy?- spytała, a ja pokręciłem głowa.
-To ja Justin.- powiedziałem i usiadłem koło niej.
-Byłeś w szpitalu? Co z moją wnuczką?- spytała, a ja opuściłem głowę. Powinienem był być silny i wspierać jej rodzinę i bliskich, ale nie potrafiłem. To było zbyt silne ode mnie. Ból zżerał mnie od środka, a łzy paliły mi oczy. Pierwszy raz rozpłakałem się przy jakiejkolwiek osobie. Nie potrafiłem wydusić z siebie słowa. Przed oczami wciąż miałem twarz bladej i podłączone do tego wszystkiego Amy.
Gdy razem z jej babcię trochę się pozbieraliśmy. Przetarłem twarz i nadal z opuszczoną głową zacząłem opowiadać.
-Przepraszam.- wydukałem.- To moja wina.- powiedziałem.
-O czym ty mówisz, Justin? To nie twoja wina to był wypadek.-pocieszała mnie.
-To moja wina. Mogłem jej powiedzieć, by nie startowała. Nie powinna wsiadać na tego konia.- mówiłem przez łzy.
-Justin, to był wypadek.- tłumaczyła.- Nikt nie wiedział, że to tak się skończy. A Amanda na pewno nie chciałaby, byś się obwiniał. Kochała...Kocha cię i ona wie, że to nie twoja wina.- powiedziała, a ja powoli podniosłem głowę i spojrzałem jj w oczy.
-To nie miało tak być. Powinna teraz świętować razem z nami wygraną. A jest całkiem inaczej. Co my takiego zrobiliśmy by nas tak Bóg karał? Nie mógł zrobić coś mnie? Dlaczego ona? Dlaczego?- mówiłem przez płacz. Łzy leciały mi jak z wodospadu, a okropne myśli krążyły po głowie.
-Co lekarz powiedział?- spytała kobieta.
-Powiedział, że ma połamane żebra i nogę. Walczy o życie i zapadła w śpiączkę.- powiedziałem szeptem i jeszcze mocniej się rozpłakałem.-Nie chce jej stracić! Jest dla mnie wszystkim. - powiedziałem i uderzyłem ręką w stół.
-Rozumiem cię. Dla wielu osób jest ona ważna i każdy z nich cierpi z tego powodu. Jednak wy jesteście ze sobą bardzo związani i widzę jak cierpisz.- przetarła mój policzek.- Idź się połóż. Dobrze ci to zrobi. Jutro pojedziemy do niej razem.- powiedziała, a ja skinąłem głową.
Pocałowałem kobietę w policzek i wymamrotałem ciche "Dziękuję", po czym poszedłem do pokoju Amy. Podszedłem do komody, gdzie leżało nasze zdjęcie i przetarłem jej twarz.
-Kocham cię.- wymamrotałem i wyciągnąłem z szafki jedną z jej bluzek. Pachniały nią. Położyłem się na jej łóżku i wtuliłem w bluzkę. Miałem wrażenie, że leży koło mnie i bawi się moimi włosami, tak jak robiła to zawsze, gdy nie mogłem zasnąć. Uśmiechnąłem się na tą myśl i dalej delektowałem się jej zapachem.
______________________________________________________________________
Boże!!! Rozpłakałam się jak pisałam ten rozdział. Przepraszam, że dawno nie dodawałam, ale nie miałam okazji i weny. Teraz mam jej sporo i postaram się dodać dzisiaj kolejny. Teraz muszę się pozbierać trochę, bo ryczę jak głupia przez ten rozdział. Mam nadzieję, że wam też przekazałam te emocję i czekam na komentarze. :') Dzięki za 10 000 wyświetleń i pragnę by było kolejne tyle haha...