poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Rozdział 44

(Justin)
Obudziłem się bardzo wcześnie. Przejechałem ręką po drugiej stronie łóżka i wtedy przypomniałem sobie co się stało. Tak bardzo nie chciałem by to była prawda, ale nic nie mogłem na to poradzić. Leniwie wstałem z łóżka i poszedłem do łazienki. Przemyłem twarz i spojrzałem w lustro. Wyglądałem okropnie, oczy podkrążone, twarz blada, a włosy rozczochrane na wszystkie możliwe strony. W nocy nie mogłem spać i często się kręciłem. Cały czas myślałem o Amy i o tym, że może się już nigdy nie obudzić. Nie miałem już na nic siły. To tak jakby ona zabrała mi połowę i przez to, że jest nie przytomna, to i ja zaczynam słabnąć. Po wykonaniu porannej toalety, wróciłem do pokoju i ubrałem świeże ubrania. Po cichu zszedłem na dół i poszedłem po kuchni.
-Dzień dobry.- przywitałem się z kobietą i usiadłem przy stole ziewając.
-Dzień dobry.- powiedziała bez emocji.-Spałeś coś?- spytała teraz z troską.
-Przysnąłem nad ranem, ale zaraz się obudziłem.- powiedziałem i przetarłem twarz dłońmi.
-Dzwoniłam do rodziców Amy. Przyjadą tutaj, gdy tylko wyrwą się z pracy.- powiedziała, a ja skinąłem głową.
Zapadła cisza, która po prostu zabijała mnie od środka. Gdyby była tu Amy od razu dzień stałby się lepszy, a na wszystkich twarzach zagościłby uśmiech. Przywitałaby się z nami buziakiem w policzek i już planowalibyśmy co dzisiaj robić. Zapomniałem nawet, że mamy szkołę. Bez niej to nie to samo...
Znów moje życie się wali, a najważniejsze osoby odchodzą.
-Tak bardzo chce by wróciła...- wymamrotałem chowając twarz w dłonie.
-Jak my wszyscy, Justin.- powiedziała i pogłaskała mnie po plecach.- Masz zjedz coś.- dodała
-Nie jestem głodny.- powiedziałem
-Musisz jeść, żeby mieć siłę i być przy Amy gdy się obudzi.- powiedziała, a ja spuściłem głowę.
-A jeśli się nie obudzi?-spytałem łamiącym się głosem
-Obudzi się.- powiedziała stanowczo.- Nie możemy się poddawać, bo wiem, że ona gdzieś tam jest i chce byśmy się nie poddawali.- wytłumaczyła i posłała mi szczery uśmiech, co odwzajemniłem.
-Dziękuję.- powiedziałem i przysunąłem talerz do siebie.- Za śniadanie i za wsparcie.- powiedziałem, a ona znów się uśmiechnęła.
-Nie ma za co. Jesteś bardzo ważny dla mojej wnuczki i chce by była szczęśliwa. Jednak gdy się obudzi, a ciebie tam nie będzie to na pewno taka nie będzie.- powiedziała, a ja skinąłem głową i ugryzłem naleśnika.
 Po śniadaniu skapowałem kilka rzeczy, pomogłem babci Amy wejść do samochodu i pojechaliśmy do szpitala. Mimo iż wiedziałem, że jest nieprzytomna, to miałem uśmiech na twarzy, bo mogłem znów ją zobaczyć. Kocham ją jak nikogo innego i mimo wszystko będę przy niej.
-Hej skarbie.- powiedziałem, gdy wszedłem do pokoju.- Przywiozłem ci jakieś ciuchy, kosmetyki i twoją babcie. Stęskniła się, tak samo jak ja.- mówiłem, podchodząc do łóżka. Nachyliłem się nad dziewczyną i złożyłem pojedynczy pocałunek na jej czole.
-Hej  wnusiu.- podeszła kobieta.-Tęsknimy i nie możemy się doczekać, aż znów zobaczymy twój uśmiech.- powiedziała i usiadła przy łóżku. Ja w tym czasie zostawiłem je same i poszedłem do bufetu po jakąś kawę. Gdy wracałem na korytarzu spotkałem Marka.
-Co ty tu robisz?- spytałem zaciskając ręce w pięści.
-Przyszedłem do Amy, ale jej babcia jest teraz z nią, więc poczekam.- powiedział, a ja prychnąłem.
-To sobie poczekasz, bo Amy jest moja, a ty jesteś tutaj zbędny.- powiedziałem, wiedząc o co mu chodzi.
-Zobaczymy...-wymamrotał.
-To groźba?- spytałem rozbawiony
-Raczej obietnica.-powiedział i odszedł.
Wkurzył mnie i to bardzo. Nie chce by przychodził do Amy. Widziałem jej reakcje na zawodach. Była smutna i przestraszona. Staram się myśleć pozytywnie, dla niej, dlatego westchnąłem ciężko i wszedłem do pokoju.
-Przeszkadzam?- spytałem.
-Nie, skądże.- powiedziała kobieta, a ja skinąłem i usiadłem obok łóżka.
-Hej, kicia....-pogłaskałem jej policzek i po chwili do sali wszedł lekarz.
-Oo..dzień dobry, ty jesteś Justin? Dobrze pamiętam?- spytał przyglądając mi się.
-Tak, ale skąd...
-To małe miasto, wszystkiego się tu można dowiedzieć.- przerwał mi, a ja skinąłem głową.-A pani?
-To jest babcia Amy.- przedstawiłem ich sobie i wróciłem wzrokiem do mojej ukochanej.- Doktorze i co z nią? Jakieś wieści?- wypytywałem z zaciekawieniem.
-Cóż.... mam dobrą i złą wiadomość.-powiedział, a ja spojrzałem na niego pytająco.- Zła jest taka, że potrzebujemy pieniędzy na leczenie Amandy.-powiedział i spojrzał na starszą kobietę.
-Ile?- spytałem, przerywając ciszę.
-10 000.-powiedział, a ja złapałem się za głowę.
-Skąd mamy wziąć tyle pieniędzy?- spytałem zdenerwowany
-Spokojnie...i tu jest ta dobra wiadomość.- powiedział, a ja spojrzałem na niego z zainteresowaniem.
-Jaka?-spytałem
-Amanda może tutaj zostać i być leczona na naszych warunkach, jednak jeśli nie otrzymamy tych pieniędzy nie wiadomo czy ona się obudzi.-powiedział, a ja spojrzałem na niego jak na idiotę.
-I gdzie tu dobra wiadomość?- spytałem poirytowany
-Cóż...macie państwo trochę więcej czasu na zebranie pieniędzy.- powiedział, a ja opuściłem głowę.
-Ile?- spytałem.
-Dokładnie nie wiadomo, ale z moich badań wynika, że....
-Ile?- przerwałem mu.
-Miesiąc, może półtora.- powiedział, a ja złożyłem ręce jak do modlitwy i starałem się uspokoić.
-Zdobędziemy te pieniądze, dziękuję doktorze.- odezwała się babcia Amy wyrywając mnie z rozmyślań.
-W razie czego jestem u siebie.- powiedział doktor i wyszedł.
-I co my teraz zrobimy? Nie mam tyle pieniędzy, a pracy też brak.- powiedziałem zrezygnowany.
-Sprzedamy farmę dziadka.- powiedziała patrząc w jeden punkt.
-Co? Nie! Amy by się na to nie zgodziła.-powiedziałem stanowczo.
-Ale Amy potrzebuje pieniędzy, a za farmę dostaniemy trochę.- powiedziała, a ja potrząsnąłem głową.
-Wymyślimy coś innego. Nie mogę pozwolić sprzedać pani farmy. Ona wiele znaczy dla Amy i nie zgodziłaby się na to.- powiedziałem, a ona spojrzała na wnuczkę.
-A więc co zrobimy?- spytała.
-Nie wiem jeszcze ale coś wymyślę. -powiedziałem i wróciłem na miejsc obok łóżka.
*************************************
Dni mijały a czasu było coraz mniej. Babcia Amy już szukała kupca, a ja nadal myślałem nad inną opcją. Nic nie mogłem wymyślić. W głowie wciąż miałem twarz uśmiechniętej Amandy.
Siedząc na parapecie w pokoju z gitarą w ręce. Myślałem i myślałem.
-When you smile, I smile...oooooo....when you smile, I smile.-zaśpiewałem grając jakąś melodie. Tak wiele dla mnie znaczyła...To nie mogło się tak skończyć....
-WIEM!- krzyknąłem nagle i zbiegłem na dół po schodach. W kuchni siedziała mama, tata, brat i babcia mojej ukochanej. Wszyscy mieli grobowe miny, a ja wleciałem uradowany do pomieszczenia i stanąłem przed nimi.
-Justin, co się stało?- spytała mama Amy.
-Wiem, jak zdobędziemy pieniądze!- powiedziałem, a oni spojrzeli na siebie zdziwieni i powrócili wzrokiem na mnie czekając na wyjaśnienia.
________________________________________________________________
Hej, jest nowy rozdział. Wiem, że rzadko dodaje, ale zrozumcie, są wakacje i każdy chce odpocząć. Czekam oczywiście na komentarze i opinie na temat rozdziału. Chce was również poinformować, że zaczęłam prowadzić innego bloga. Ma mało wyświetleń i 0 komentarzy, ale mam nadzieję, że to się zmieni. <3 Tu macie linkhttp://bieberfever-blog.blogspot.com/

3 komentarze:

  1. Przerwać w takim momencie :(
    Kasiu jesteś bezlitosna...
    Do następnego ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Mega rozdział nie moge sie doczekac NN ;**

    OdpowiedzUsuń
  3. ach,boski rozdział,czekam na następny :D

    OdpowiedzUsuń