czwartek, 30 maja 2013

Rozdział 29

  (oczami Amandy)
      Rano obudziły mnie promienie słoneczne, które wkradały się do mojego pokoju przez okno. Od dawna nie czułam się tak wypoczęta i gotowa do pracy. Dziś nie idę do szkoły, ale pomogę babci z dziadkiem i ze zwierzętami. Mieli tutaj konie,świnie,kury,krowy i psa, Burka. Był mały, ale młody i wyglądał jak lis.
  Przeciągnęłam się i wytarłam ręką oczy. Wstałam z łóżka i udałam się do łazienki. Wzięłam szybki prysznic,  po czym owinęłam ciało ręcznikiem i wróciłam do pokoju. Wybrałam z szafy jeansowe spodnie, luźną niebieską bluzkę i poszłam się przebrać. Zrobiłam lekki makijaż, wzięłam komórkę w kieszeń i zeszłam na dół. Moja babcia już coś gotowała. Uwielbiała to robić, gdy byłam mała siedziałyśmy w kuchni i wymyślałyśmy dziwaczne potrawy, ale jakimś cudem zawsze wychodziły pyszne.
-Hej babciu.-powiedziałam i dałam jej buziaka w policzek.-Co gotujesz?-spytałam zaglądając na patelnie.
-Hej, skarbie, naleśniki.-odpowiedziała i przewróciła placek na drugą stronę.-Jak ci się spało?-spytała.
-Dobrze, dawno nie czułam się tak wypoczęta.-powiedziałam z uśmiechem i wyciągnęłam talerz z szafki.
-To świetnie kochanie.-powiedziała nakładając mi naleśnika.-Skarbie?-powiedziała, a ja spojrzałam na nią by kontynuowała.-Mogłabyś po śniadaniu pójść do dziadka i podać mu leki? Musze jechać do miasta i kupić kilka rzeczy, więc wrócę za kilka godzin.-powiedziała.
-Oczywiście.-odpowiedziałam i nałożyłam sobie nutelle na placka.
-Dziękuję skarbie i smacznego-dodała i wyszła.
   Tak jak powiedziałam, tak zrobiłam. Zjadłam przepyszne śniadanie i poszłam na górę przywitać się z moim jedynym już dziadkiem.
-Hej dziadku.-powiedziałam, a on wyciągnął oczy z książki i poprawił okulary.
-Cześć, księżniczko.-powiedział, a ja podeszłam do niego i dałam mu buziaka w policzek.
-Tęskniłam.-powiedziałam wtulając się w niego.
-Ja za tobą też.-odpowiedział.-Ale wyrosłaś.-dodał zdumiony.
-Hahaha... rzadko się widywaliśmy, a ja wciąż rosłam.-powiedziałam rozbawiona.
-Usiądź skarbie.-powiedział poklepując miejsce koło siebie.-Gdzie babcia?-spytał
-Pojechała na zakupy.-odpowiedziałam, a on skinął głową i się do mnie uśmiechnął.-A, właśnie.-powiedziała, gdy sobie coś przypomniałam.-Musze dać ci lekarstwa.-wstałam i wyciągnęłam z szuflady kilka tabletek.
-Muszę to brać? To jest obrzydliwe.-powiedział z grymasem na twarzy.
-Jeśli chcesz być zdrowy, to musisz.-powiedziałam podając mu szklankę wody.
-A co tam u ciebie skarbie? Masz chłopaka?-spytał i odłożył szklankę na szafkę. Opuściłam głowę na wspomnienie o Aleksie, ale otrząsnęłam się zaraz i dałam mu uspokajający uśmiech.
-U mnie nic takiego, nie mam już chłopaka, a w szkole idzie mi całkiem nieźle.-odpowiedziałam, a on zachichotał.
-Oj, skarbie..-przeciągnął, a ja spojrzałam na niego pytająco.-Nic, nic...-odpowiedział szybko, poprawiając się na łóżku.-Um...byłaś może w stajni? Jest tam twój koń.-powiedział przyglądając mi się uważnie, a ja od razu się uśmiechnęłam.
-Lucy? Jest tutaj? Myślałam, że ją sprzedaliście.-powiedziałam z zachwytem. To był mój pierwszy koń. Dostałam ją jak byłam mała i uwielbiałam na niej jeździć. Jednak gdy wyjechałam powiedziano mi, że muszą ją sprzedać, a wtedy płakałam chyba z tydzień.
-Bo tak miało być, ale zmieniłem zdanie, gdy dowiedziałem się ile ten koń dla ciebie znaczy. Dla mnie w zresztą też i nie mogłem tego zrobić.-powiedział.-Idź do niej, a i nie zapomnij o Burku.-powiedział, a ja go przytuliłam i ruszyłam do drzwi.
-Dziękuję dziadku.-powiedziałam z uśmiechem i zeszłam na dół. Założyłam kurtkę i moje ciepłe buty, po czym wyszłam.
Na dworze było coraz zimniej. W niektórych miejscach był widoczny śnieg, w nocy pewnie padało.
  Delikatnie otworzyłam ogromne drzwi i weszłam do środka. Pachniało...brzydko, ale znajomo. Przypominało mi dzieciństwo. Przeszłam obok boksów, zaglądając do każdego, po czym znalazłam dwiczki z wyrytym napisem Lucy. Pamiętam kiedy to wyryłam. To było, gdy złamałam nogę i nie mogłam jeździć, wtedy siedziałam tutaj razem z nią i obiecałam jej, że zawsze będzie w moim sercu. Wiem, może to i głupie, ale była i zawsze będzie dla mnie wszystkim. A wtedy byłam mała, więc nie osądzać mnie proszę.
-Lucy? Lucy skarbie..to ja...-powiedziałam, podchodząc do konia. Była na początku wystraszona, ale gdy pogłaskałam ją od razu się oswoiła. Wzięłam szczotkę wiszącą na ścianie i zaczęłam ją czesać. Była taka piękna. Była kasztanowa z białymi skarpetkami i miała to znamię na szyi, które przypominało literę L, dlatego nazwałam ją Lucy. Siedziałam tam kilka minut, zamyślona, wpatrująca się w klacz.
-Co ty tutaj robisz? To teren prywatny.-powiedział jakiś głos, przez co wzdrygnęłam i spojrzałam się w tamtą stronę.
-Przepraszam...ja...-wydukałam
-Kim jesteś? Po co przyszłaś? Ten koń jest niebezpieczny, nie powinnaś tu przychodzić.-powiedział bardziej oschle i wszedł do środka.
-Ona nie jest niebezpieczna!-krzyknęłam.-To mój koń.-dodałam, a on rozszerzył oczy.
-Amy?-spytał, a ja spojrzałam na niego pytająco.-Umm..to ja Mark.-powiedział, a ja się uśmiechnęłam.
-Mark?Hahah...tęskniłam.-przytuliłam go, a on to odwzajemnił.
-Wróciłaś? Kiedy? Jak? Dlaczego?-wypytywał, a ja nie wiedziałam od czego zacząć.
-Cóż...to długa historia, opowiem ci ją po drodze, choć.-powiedziałam i pożegnałam się z Lucy.
  Chodziliśmy po łące i wspominaliśmy dawne czasy, śmialiśmy się i żartowaliśmy. Naprawdę za nim tęskniłam i wyprzystojniał. Był wysokim brunetem o brązowych oczach, choć podchodziły pod różne barwy, ale bardziej były brązowe.
-Tak, więc...dlaczego wróciłaś?-spytał, gdy usiedliśmy na ławce, na tej samej ławce siedzieliśmy jak byliśmy mali i wypisaliśmy na niej swoje imiona.
-Pomóc babci i dziadkowi oraz chce zacząć nowe życie.-powiedziałam głośno wzdychając.
-Nowe życie? Nie podoba ci się już życie w wielkim mieście?-spytał żartobliwie.
-Podoba, ale musiałam się stamtąd wynieść, nie wiem jeszcze na jak długo, ale muszę odpocząć.-powiedziałam i opuściłam głowę.
-Ciszę się, że przyjechałaś.-powiedział uśmiechając się do mnie.-Wydoroślałaś.-dodał
-Ja? To ty się zmieniłeś.
-Oboje się zmieniliśmy, pamiętam jak chodziłaś w tych ogrodniczkach i kaloszach.-powiedział śmiejąc się ze mnie.
-A ty nie byłeś lepszy. Słomiany kapelusz i kowbojskie buty pewnie jeszcze leżą u ciebie w domu.-dokuczałam.
-Tak, tak, jasne.-dodał i oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Naszą rozmowę przerwał mój telefon. Wyciągnęłam go z kieszeni i zobaczyłam kto dzwonił... Justin?
-Tak?-spytałam
-Amy? Gdzie ty jesteś? Nie było cię w szkole, martwiłem się.-powiedział na jednym wdechu, a ja się zdziwiłam.
-Martwiłeś się? Czemu?-spytałam
-Bo...nie wiem, po prostu się martwiłem. Zrobiłem coś?-spytał zmartwiony.
-Nie, Justin, to nie o to chodzi.-powiedziałam i usłyszałam, jak odetchnął z ulga.-Musiałam odpocząć, przemyśleć kilka spraw.-dodałam i nastała chwila cieszy.
-Jakich spraw? Co ze szkołą? Gdzie jesteś?-wypytywał dalej, a ja przewróciłam oczami.
-Wyjechałam, nie szukaj mnie. Szkołę mam tymczasowo tutaj, więc nie martw się.-powiedziałam.
-Wyjechałaś? Gdzie?
-Nieważne...nie powinieneś się mną przejmować.-powiedziałam i znów nastała cisza.-muszę już kończyć, bo nie jestem sama.-powiedziałam
-Nie jesteś sa...-przerwał zdając sobie sprawę, że to nie jego sprawa z kim jestem.-Dobrze, ale zadzwonię jeszcze.-dodał.
-Jak chcesz.-powiedziałam i się rozłączyłam
-Justin?-spytał po chwili Mark-Twój chłopak?-dodał
-Chłopak? Nie, bardziej...-zastanowiłam się przez chwilę.-kolega.-dokończyłam
-Aha..-odpowiedział i się uśmiechnął.
-Co cię tak cieszy?-spytałam.
-Nie, nic.-odpowiedział i wstał.-Chodź, odprowadzę cię.-dodał
    Wróciliśmy na farmę dziadka, wypuściliśmy Burka i chwilę jeszcze rozmawialiśmy. Dowiedziałam się, że będę razem w klasie z Markiem, choć on był o rok starszy. Nie to, że siedział w tej samej klasie, ale tutaj było mało klas i młodzieży, więc wszyscy byli tak jakby w jednej. Na obiad wróciłam do domu.
-Hej, już jestem.-krzyknęłam, a tam usłyszałam jakieś śmiechy, poszłam na górę i weszłam do pokoju dziadka. Uśmiechnęłam się na widok mojej babci siedzącej obok swojego męża i śmiejących się razem.
-Hej, skarbie.-powiedziała babcia.
-Hej, wróciłam.-dodałam i usiadłam koło nich.-Co robicie?-spytałam patrząc na nich
-Oglądamy albumy. Uwielbiamy to robić, wspominać.-odpowiedział dziadek.
-Tak, to niesamowite jak wszystko tak szybko się zmienia.-zgodziła się babcia.
-To ja wam nie będę przeszkadzać, pójdę coś zjeść.-powiedziałam kierując się do drzwi.
-Jedzenie masz w mikrofali.-dodała babcia zanim wyszłam
     Zeszłam na dół i podgrzałam sobie lazanie. Zjadłam ją w mgnieniu oka. Była pyszna, a ja przez ten spacer trochę zgłodniałam. Usiadłam na kanapie przed telewizorem i skakałam po kanałach.
__________________________________________________________________________
Mamy kolejny rozdział!!!
Przepraszam, że tak późno i przepraszam, że tak mało ekscytujący. Jutro wyjeżdżam i wrócę dopiero w niedzielę wiec nie dodam w weekend nic. PRZEPRASZAM

5 komentarzy: